Motto na dziś


Po­wiedz mi, a za­pomnę. Po­każ mi, a za­pamiętam. Pozwól mi zro­bić, a zrozumiem.
Konfucjusz

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cogito ergo sum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cogito ergo sum. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Tra la la...

Tra la la... baba fotel ma...
Kto nie wie skąd ta radość odsyłam do poprzedniego posta ....


 Teraz tylko jeszcze lampka do czytania i stolik z piękną serwetą do herbatki. Na wszystko przyjdzie czas.

A do kompletu radości zmajstrowało się takie oto serce. Słowo daję samo się zmajstrowało, po prostu wzięło i się zrobiło, wcale się nad nim nie namyślałam wiele. 
Ale wyszło mi po prostu PIĘKNIE.

 


I z taką właśnie radością ze spełnionego marzenia i samorobiącego się pięknego serduszka będę przy Was przez świąteczno-nowowroczny czas życząc Wam abyście przed wszystkim były dobre dla siebie. Nie dla męża (i nie-męża), dzieci, własnych i nie-własnych rodziców i sąsiadki. Dla siebie. 

Nic samo się nie robi, ani obiad, ani sprzątanie, ani bajki się nie opowiadają same, ani niedzielne ciasteczka, też nie....nawet uważne słuchanie dzieci też się samo nie robi... TO MY.   I miło byłoby dostać za to dobre słowo i nagrodę (przytulanie wystarczy :-))). A jeśli nie dostajemy tego od innych to dajmy sobie nagrodę i dobre słowo same (i wcale nie jest ono gorsze od tego otrzymanego od innych tylko lepsze.. tak, tak... lepsze, bo warto siebie lubić i doceniać). Dajmy sobie prezent jak swojej najlepszej przyjaciółce lub ukochanym dzieciom, pięknie opakowane i z wstążeczką. I z sercem. 

Czego Wam z sercem życzę na caluśki Nowy Rok.

Przypominam też o rocznicowej rozdawajce i do następnego przeczytania.

czwartek, 18 lipca 2013

Wiatr i woda ... i kolor różowy

Kilka fotek znad morza  - a ponieważ to nasze polskie morze i nasz polski klimat to zdjęcia też bardzo w klimacie ......
Był wiatr .... dużo wiatru.....
Fale zalewały całą plażę aż po klif....
 


   (rybitwę wyczekał młodszy syn - 
ja bym nie miała cierpliwości czekać z aparatem aż zechce zrobić kroczek)



 były  i spacery ze słonkiem


I woda .... dużo wody
I ciekawostka  -   wszystkie te zdjęcia pochodzą z jednego dnia :-)

A kolor różowy? To dopiero ciekawe.... Ja właściwie nie przepadam za różowym .... nigdy nie miałam różowych ciuchów, różowych wstążek we włosach czy falbanek, ale delikatny bladoróżowy ostatnio ciągnie się za mną wszędzie --- nie dość, że wylądował na ścianie w kuchni (tak, tak przed wyjazdem jeszcze zarządzono malowanie kuchni, bo czekoladowy brąz na ścianie mocno mi już nie pasował) to jeszcze polazł za mną nawet nad morze... Takie oto koroneczki  udziergałam na plaży :-)


 Hi, hi brakowało mi tylko chusty i okularków - starsza pani z szydełkiem.... w bikini :-)
 Buziaki i  do następnego przeczytania....

piątek, 7 czerwca 2013

Rodowity Elblążanin - Niemiec

Zastanawiałam się czy napisać tego posta... bo zupełnie on nie jest robótkowy...
Jednak wczoraj odbyło się coś ciekawego i ważnego dla mnie i postanowiłam, że jednak warto o tym wspomnieć.... Jakiś czas temu w poście Szopingowe zdobycze do pary z odrobiną historii wspomniałam o moim mieście i o stronie internetowej z historią miasta i pięknymi fotografiami tutaj prowadzoną przez Niemca urodzonego w Elblagu, pana Pfau, który jako dziecko musiał po wojnie opuścić swoje miasto i zamieszkał w Niemczech, ale przez całe swoje życie gromadził wszystko co z miastem jest związane. 

Otóż wczoraj miałam okazję i przyjemność poznać pana Pfau. 
Jako ponad 70-letni człowiek w ciągu 14 miesięcy (2300 godzin) wykonał z 200-letniego drewna lipowego makietę naszego miasta w stanie w jakim wyglądało za czasów najazdu szwedzkiego w XVII wieku, po czym zapakował ją w kampera, przywiózł do Elbląga  i dał ją naszemu miastu, podobnie jak już wcześniej przekazywał sporą część swojej kolekcji monet, majoliki kadyńskiej, malarstwa elbląskich artystów.... 
Przyjechał na tę uroczystość vice-konsul generalny Niemiec, vice-marszałek województwa i trochę innych ważnych gości, ale przyjechała też spora grupa  podobnych jak on rodzimych mieszkańców Elbląga, teraz staruszków, którzy mieszkali na kolonii Pangritz, czyli obecnym osiedlu Zawada, na którym przemieszkałam połowę swojego życia, a moi rodzice i większość najbliżej rodziny dalej tam mieszka. 
Dziwne to było spotkanie... czułam się częścią historii, bo mimo, że byli mieszkańcy Elbląga są innej narodowości, całe życie przemieszkali w innym społeczeństwie, na innym poziomie życiowym, inne mieli doświadczenia wojenno-powojenne, czułam z nimi dziwną łączność... Bo mimo, że teraz Elbląg to straszna dziura, bieda, i malkontenctwo chodzi z dumą całą szerokością naszych krzywych ulic, to oni są świadectwem, że kiedyś to miasto było miastem bogatym, spokojnym, żyli w nimi ludzie zadowoleni, szczęśliwi, mieli swoje warsztaty, wytwórnie marcypanu (!), słynne było elbląskie srebro i kadyńska ceramika... prawdziwa mieszczańska perełka, jedno z miast hanzeatyckich... ale wspólne jest to, że oni, znający inny Elblag, i ja, zupełnie z innej epoki,  jesteśmy ogromnie z tym miastem związani.....Bo przecież to naprawdę piękne miasto, piękne miejsce w regionie, z wieloma atrakcjami.
Ehh... 

Tak, trochę mnie ponosi, to fakt....Ale tych wytrwałych, których nie zanudziłam zapraszam na krótki fotoreportaż 

Pan Pfau - siwy pan z mikrofonem po prawej, z tyłu vice-konsul i pani Pfau, z lewej dawni mieszkańcy i sympatycy Elbląga

Przy okazji wysłuchaliśmy wykładu na temat wejścia Gustawa Adolfa do naszego miasta, późniejszej przebudowy miasta na modłę szwedzką (w porównaniu z którą to, co teraz dzieje się na naszych ulicach, a dzieje się strasznie, to mały pikuś:-)) i innych anegdot z dawnych czasów.... 
Widok na Stare Miasto, w odróżnieniu od Nowego Miasta, które powstało później (jakby na lewo od Starego- na zdjęciu niewidoczne), po prawej za rzeką Wyspa Spichrzów  - to tam w czasach początków miasta Krzyżacy zbudowali zamek (może zameczek raczej :-)), a za rzeką osiedlili się osadnicy z Lubeki, którzy przybyli z Krzyżakami. 
Tak powstało moje miasto :-)
Uwierzcie mi - makieta jest naprawdę imponująca i oddaje najwierniejsze szczegóły - nawet dachy kryte strzechą.  Skala 1: 300
 

Umieszczam też zdjęcie z gazety internetowej info.elblag - na którym stoję za plecami pana Pfau. Jak się uwieczniać to na całego :-)

 
Żródło: info.elbląg

Pozdrawiam cieplutko i do następnego przeczytania:-)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Skromnie...

Miało być skromnie, cichutko, króciutko...
Miałam pokazać taką to oto małą robótkę powstałą w ramach zawiązywania brzuszków w Święta, wieczorkiem, przy lampce wina. Serwetusia z cieniuchnego kordonka wpisała mi się w krajobraz komody:


 A okazało się, że:
W międzyczasie pozaczynałam i rozrzuciłam mnóstwo zaczętych prac. A że mamy środek (koniec prawie) tygodnia, to i czasu niewiele. W planie mam skończyć co zaczęłam w weekend, ale może znów lenistwo mnie ogarnie? Jak to z tym lenistwem jest u Was? Ja trochę je lubię (bo pozwala mi zaszyć się w kątku nicnierobienia i odpocząć), a trochę nie lubię (czasu szkoda!). Co jakiś czas oznajmiam, że dziś nic nie robię i wtedy planowo, rozmyślnie snuję się po domu w piżamie.....tak gdzieś do 11,00 maks bo potem mnie roznosi, przecież tyle ciekawych rzeczy wokół do zrobienia:-) Leń mój chudziutki, zupełnie nie odpasiony chowa się w kątku do następnego razu. Czasem mi bidoka żal...Świat oszalał na punkcie slow life, a ja zastanawiam się, czy moje życie jest już bardziej slow, teraz gdy nie gubię już pór roku, i wiem nawet czy lato było gorące czy deszczowe...ale za to w popłochu pędzę z sekatorem w ogród bo nie zdążę przyciąć czy posadzić czy zrobić nowej rabaty... Nie da się uniknąć pośpiechu i bieganiny, ale wiem, że robię też coś dla siebie. Jeszcze mi daleko do "ideału" i wciąż wpadam w utarte ścieżki myślenia matki roku i szaleję, aby chłopakom ułatwić życie, poświęcam im swój czas bez reszty, ale zaczynam widzieć, że to nie tędy droga. Uświadomiłam sobie, że w ten sposób uczę ich, że matka to służąca, że staję się ich własnością i zrozumiałam jak trudno postawić granicę we właściwym miejscu - gdzie jeszcze nie jesteś niewolnikiem, a wciąż dajesz im miłość i opiekę. Złapałam się na tym jak bardzo jesteśmy uzależnieni od wychowania. Ja, niby feministka, gładko wjechałam w  rolę "przynieś, podaj, pozamiataj" aż wreszcie zaczęło mnie uwierać jak mało mam czasu dla siebie,  jak bardzo podobna jestem do swojej Mamy, której osobiście tłumaczyłam, że nie należy tak nad nami kwoczyć, być na każde skinienie, a więcej zająć się sobą.....Cóż, genów nie oszukasz.... :-)
Z drugiej strony - a może nie mam racji - może właśnie taka opieka dała mi to co mam, świadomość, że Ona zawsze jest gotowa mi pomóc....i w tym mądrość Matek? A cała nowoczesna gadka o zdrowym egoizmie to zwykła wygoda dzisiejszych kobiet? A gdzie w tym wszystkim są faceci? Jak mało od nich się wymaga. Od kobiet od momentu ciąży  wymaga się wzięcia odpowiedzialności za dziecko: jedz to, tego nie jedz, ćwicz jogę i co tam jeszcze, aby dziecko urodziło się zdrowe. W dużej mierze od niej to zależy -odpowiedzialność ogromna. Potem pierwsze lata życia - absolutnie kluczowe dla rozwoju emocjonalnego dziecka zależą głównie od relacji z matką i to od niej oczekuje się, że będzie łagodna ale konsekwentna, rozumiejąca ale wymagająca, poświęcająca czas dziecku, ale zadbana, zadowolona i spełniona. I temu ma podołać normalny człowiek, który ma jeszcze PMSy i inne swoje stresy. A ojciec - wystarczy żeby był... 

I w taki sposób od słowa do słowa, od lenia do odpowiedzialności za innych płyną moje myśli... Ciekawa jestem Waszych opinii. 
Pozdrawiam Was cieplutko i do następnego (skromnego i krótkiego) posta:-)

poniedziałek, 18 marca 2013

Słodki sukces....

Mój powrót do szydełka nie był taki sobie przypadkowy, miałam plan - bardzo chciałam sobie zrobić tylko serwetę na duży jadalny stół. No to zaczęłam od drobiazgów, które już tu pokazywałam: zazdrostki, serwetek małych, potem przyszedł czas na prostokątną serwetę, która wyszła za mała na mój stół i okrągłej serwetki która w ogóle była jak pięść do nosa przy moim stole.

Aż wreszcie, metodą intensywnej dedukcji, doszłam, że odpowiedni wymiar osiągnę z robiąc serwetę z kawałków. I tak powstał patchworkowy bieżnik/serweta, którego schemat znalazłam z gazetce i od razu byłam pewna, że idealnie do mnie pasuje. 
 
 
Dziergałam te kawałki, dziergałam i biegałam tylko do pasmanterii po kolejne motki kordonka. Zaniedbałam trochę pisanki i inne wytworki, ale jestem pewna, że warto było.....
I jest. 1500 m kordonka i 180 x 80 cm ... ufff....


 Nie lubię krochmalonych i sztywnych serwet, więc krawędzie może nie trzymają idealnej linii, ale  wystarczy je lekko podciągnąć i jest OK.

 Więc duma mnie rozpiera. A propos dumy z własnych osiągnięć polecam Wam serdecznie marcowy numer "Zwierciadła". Tematem miesiąca jest sukces toksyczny i słodki. W tym naszym zabieganym świecie warto dowiedzieć się za czym i po co biegniemy i dlaczego nie zawsze przynosi nam to oczekiwaną radość. Niestety i w moim życiu zbyt wiele jest toksyczności a za mało "słodkiego, miłego życia".... (a nawet zwykłego, mojego życia).
Może to dzięki tej serwecie i innym moim "dziełom", i po części też dzięki pisaniu na blogu, który właściwie miał tylko pokazywać moje prace a często pozwala mi uporządkować myśli, powoli wracać będę do mojego zwykłego życia...
 
Pozdrawiam was cieplutko.

środa, 27 lutego 2013

Wiosenne przesilenie

Coraz cieplej na dworze, śnieg topi się w malowniczą breję... wiosenny wietrzyk wieje optymizmem, i czymś nieokreślonym, co pod śniegiem przez zimę się uzbierało ....a ja pędzę ... praca, dom i padam na twarz.....  Jak pomyślę, że jutro będzie tak samo, brak czasu, ciągle ktoś coś chce - to mi coraz gorzej.....

Dlaczego nikt mnie nie zapyta czy ja bym nie chciała trochę więcej wolnego czasu dla siebie, czy bym nie chciała pooddychać tą wiosną co się w powietrzu zbiera, a niekoniecznie tylko biurowym smrodkiem, czy bym nie chciała ptaków posłuchać, co kłócą się już gdzieś w krzakach zawzięcie....?

Czasem mam ochotę tak rzucić to w diabły i usiąść pod drzewem i udawać, że nie jestem mamą, żoną i kobietą niezbędnie realizującą się zawodowo..... a pobyć sobą, oddychać, wąchać, słuchać, smakować, dotykać .... nie tak na chwilkę, na jeden oddech, dwa dotknięcia i wąchnięcie.... ale tak żeby mi na dłużej starczyło, żebym wciągnęła las całą sobą, żebym wiedziała że żyję, że jestem......

M. mówi - weź wolne, zajmij się sobą .... ja obiecuję sobie, że choć czwartek i piątek odpocznę, nie pójdę do biura....  a potem od poniedziałku kocioł jak zwykle i w czwartek i piątek najwięcej roboty……

Pozostaje mi tylko namiastka przyrody, natury…. życia …. – moje hiacynciki pachnące….

 


i nadzieja, że może w tym tygodniu złapię trochę wolnego? Choć tyle, żebym ciutkę zatęskniła za swoimi obowiązkami ....

środa, 20 lutego 2013

Ciche gadki...

Dziś podsłuchałam taką rozmowę ...

- Jakieś smutne to miejsce, w którym jesteśmy.... - mówił jeden głos
- Wiesz, chyba nie jest smutne, skoro my tu jesteśmy, tylko że nie ma w nim duszy ani ręki jego mieszkańca.Właściwie mogłoby należeć do każdego - odpowiedział mu drugi głos
- Trudno się dziwić skoro gospodyni prawie tu nie bywa.
- Taaak... a przecież tak bardzo chciałaby mieć prawdziwą sypialnię, swój azyl, swoją "krainę łagodności"....
- A widziałeś, co dostaliśmy ostatnio? Spójrz, ta serwetka zupełnie do nas nie pasuje, ani do tej lampy, której i tak prawie nie używają ...... - narzekał pierwszy głos 
- Daj spokój, przecież serwetka jest urocza i lekka, nasza gospodyni chciała koniecznie zrobić coś wiosennego i tak zaraz ją zabierze do koszyczka z pisankami ..... Pomyśl lepiej, że musimy coś zrobić, aby marzenia się spełniły, przecież po to jesteśmy...   
- Och, wiesz... jak zwykle masz rację, przecież po to tu jesteśmy .......






A to gadały moje anioły.....


środa, 13 lutego 2013

Prawdziwie....

Chciałabym opowiedzieć Wam o pewnej kobiecie, prawdziwej .... Kobiecie, która jest dla mnie wzorem od dawna. Która żyła w pełni....realizowała się zawodowo, była żona i matką. Miała umysł genialny - ścisły a jednocześnie ogromnie kreatywny.....Pierwsza kobieta dopuszczona do pracy zawodowej w dziedzinach ścisłych, pierwsza, której praca, choć okupiona ogromnym wysiłkiem, uporem, wyczerpaniem fizycznym, głodem, którego nawet nie zauważała bo jej głód wiedzy był zaspokojony.... doczekała się społecznego (męskiego) uznania w czasach gdy kobiety były tylko żonami i matkami, a pracować musiały tylko z biedy, (której, nota bene, też zaznała), ona naturalnie łączyła ciężką prace naukową z życiem prywatnym, rowerowymi wycieczkami na wieś, pracą w ogrodzie, szyciem ciuszków dla córek, cerowaniem..... bo nie uznawała rozrzutności jaką było kupowanie ubrań w sklepie.

Dla mnie wzór feminizmu. Nie takiego co to pali staniki i wrzeszczy że facet to świnia... Kobiecości, łagodności, ale i uporu i głębokiego przekonania o całkowitej równości jej i jej męża, że nie ma takich rzeczy, których ona nie może dokonać.

Jest to też historia cudowna. Historia pięknej miłości mężczyzny i kobiety, takiej która zawsze mnie wzrusza, i o której nie sposób przestać myśleć. Nie miłości mężczyzny do kobiety ani miłości kobiety do mężczyzny. Miłości wspólnej. Miłości głębokiej, silnej ale i rozpościerającej swój parasol i obecnej w absolutnie wszystkich obszarach życia. Miłości dwóch osób równych sobie i dopasowanych pod każdym względem: genialnego umysłu, otwartego serca, pogardy dla zaszczytów i pieniędzy, całkowicie pozbawionych  celebryckich zapędów, nade wszystko kochających prostotę i przyrodę. Miłości, która przyszła sama, nie wołana, nie poszukiwana, dana z dobrodziejstwem inwentarza, przed którą nie sposób się obronić, mimo wielu lat ucieczki przed nią. Rozumieli się całkowicie, a jednak nie robili nic bez zapytania o zdanie drugiego. Ten naturalny szacunek, codzienne uwielbienie dla drugiej osoby.

Historia tragiczna... bo po śmierci męża nigdy nie była już sobą. Była tylko jedną połową siebie.... W cierpieniu samotna, zmieniona, jednak nieugięta, dawała siebie innym, do bólu, bez reszty.

Ta kobieta to Maria Skłodowska-Curie...
Prosta, cudowna, genialna kobieta. Mój wzór...

Biografia została napisana przez jej córkę Ewę Curie i ma tytuł prosty jak ona: "Maria Curie". Warto przeczytać. Na Walentynki...